Szczęśliwy numerek:  

Erasmus+ wizyta w Koblencji

Nasza szkoła, we współpracy z trzema innymi placówkami z Niemiec, Włoch i Czech, bierze udział we współfinansowanym przez Unię Europejską programie Erasmus+. W jego ramach realizujemy projekt pod nazwą „Moje miasto – moja kultura. Strona internetowa dla młodych gości z zagranicy”.

Opolski Ekonomik reprezentuje piętnaścioro uczniów z klas pierwszych i drugich w zawodzie technik grafiki i poligrafii cyfrowej oraz technik fotografii i multimediów. Efekt pracy uczestników projektu, który trwać będzie do końca przyszłego roku, to strona internetowa w języku angielskim, gdzie powstaje przewodnik internetowy po każdym z miast. Co pół roku dana szkoła będzie gospodarzem spotkania, w którym uczestniczy po pięcioro przedstawicieli partnerów.

Za nami już pierwszy wyjazd. Maja Klonowska i Marysia Kołodziej z 2b, Julia Weis i Jakub Witt z 2e oraz Weronika Muc z 1b, wraz z opiekunami p. Ewą Podwysocką i p. Adamem Skwirą, odwiedzili Koblencję i tamtejszą szkołę Julius-Wegeler-Schule. Wkrótce opublikujemy relację z tej wyprawy autorstwa każdego z naszych uczniów.

Następne spotkanie będzie miało miejsce w listopadzie w Rzymie (szkoła Lucio Lombardo Radice), na przełomie marca i kwietnia przyszłego roku gospodarzem będzie Opole, a zakończenie w czeskiej miejscowości Hranice (Střední odborná škola).

 

Erasmus+ w Koblencji. Dzień pierwszy

Nasz wyjazd zaczął się od spotkania pod szkołą o godzinie 7:00, tam przyjechał po nas busik, który zawiózł nas pod lotnisko w Katowicach. Na samym lotnisku przed zdaniem bagażu rejestrowanego zaczęło sie przepakowywanie. Z walizek za ciężkich do tych lżejszych, a wszystko tylko po to, by nic nie musiało rozstawać sie z nami i trafić do kosza na śmieci. Po oddaniu walizek czekały na nas bramki. Dla niektórych to był pierwszy raz, dla innych nie, jednak mimo wszystko napięcie było w nas wyczuwalne.

Niektórzy z nas przeszli szczegółową kontrolę bez problemu, gdy nadeszła moja kolej wyładowałam wszystko na tacę, przechodzę przez bramkę i okazało sie, że musiałam się rozstać z moim nowiusieńkim suchym szamponem. Dostałam nauczkę.

Do lotu zostało nam z 20 minut, które przesiedzieliśmy w strefie bezcłowej, patrząc na płytę lotniska przez szklaną ścianę.

Nadszedł czas by wsiąść do samolotu. Niektórzy zafascynowani i spokojni, inni zestresowani i zatroskani. Gdy juz usiedliśmy na swoich miejscach zdałam sobie sprawę, że ten lot będzie ciężki. Przede mną siedziała matka z dwójką małych potworów, jedna córka miała z pięć lat a druga niecałe dwa. Starając sie o nich nie myśleć skupiłam się na rozmowie z Marysią i Weroniką, gdy samolot zaczął ruszać i zaczęła sie typowa procedura: zapiąć pasy, włączyć tryb samolotowy w urządzeniach mobilnych, obejrzeć jak stewardessy objaśniają co zrobić w przypadku awarii samolotu bądź innego nieszczęścia. Zaczynamy przyspieszać i się unosić. Lot się zaczął, a nas zaszczycił wręcz instagramowy widok nieba, idealny, piękny i jedyny w swoim rodzaju chociaż wszystkim znany.

Los stwierdził, że to tyle dobrego na dany dzień bo potem nic już nie było takie cudowne.

Pamiętacie jak wspominałam o tych małych potworkach? Wiedziałam, że to nie zwiastuje niczego dobrego. Krzyki dało sie zagłuszyć muzyką, ciekawskie łapki dało sie odsunąć denkiem butelki, ale to co nastąpiło potem było nie do ominięcia. Małe dzieci mają tyko jeden zapach i każdy kto przebywał w pobliżu takiego malucha wie co to za zapach. Tak, to pełna pielucha, która kisiła się przez pół godziny na odwłoku dwulatki w temperaturze samolotu skąpanego żarem słońca.

Po wylądowaniu na lotnisku w Dortmundzie i okrzyku radości spowodowanym rozstaniem się z maluchami, poszliśmy odebrać nasze walizki. Z lotniska czekała nas podróż do dworca głównego, gdzie miał nas zawieźć autobus zwany Airport Express, na którego czekaliśmy przez dłuższą chwilę. Autobus przyjechał, więc zapakowaliśmy nasze manatki i ruszyliśmy  na dworzec, gdzie okazało się, że nasz pociąg nie jest w stanie zmieścić ani jednego podróżnego i musimy pojechać następnym możliwym. Czekając na dalsze instrukcje postanowiliśmy wykorzystać chwilę na posiłek lub życiodajny napój zwany kawą.

Po trzydziestu minutach p. Skwira zapoznał nas z nowym planem podróży do Koblencji. Czekała nas przesiadka w Koloni. Nasz pierwszy pociąg z opóźnieniem zjawił sie na dworcu, ale już nie zważając na to wsiedliśmy do dwupoziomowego wagonu i w końcu pożegnaliśmy Dortmund. W pewnym momencie odczuliśmy większe zmęczenie podróżą, było to po nas widać - zmuleni w początkowo w ciszy a potem w cichych melodiach wydobywających sie z mojego ukulele dotarliśmy do Koloni, w której okazało się, że duże opóźnienia to nie tylko domena naszych PKP, ponieważ nasz drugi pociąg miał opóźnienie 40 minut.

Starając się zagospodarować czas, poszliśmy porobić zdjęcia pod przepiękną gotycką katedrą znajdującą sie tuż przy wyjściu z dworca. Kuba i Julia zniknęli w starbucksie na kolejne 30 minut (co potem stało się ich rutyną). W końcu nasz pociąg przyjechał... Muszę wam wspomnieć coś na temat pociągów w Niemczech - nasze stare i ubogie regio wyglądają jak ich piękniejsze pociągi. Brawo Polsko, 1:0 dla nas.

Jadąc znowu w dolnej części pociągu, w której nie było miejsca na postawienie naszych walizek, postawiliśmy dwie z nich na siedzeniach, by nie torować przejścia dla pasażerów. To bardzo się nie spodobało pewnej starszej pani w ciemnych włosach, którą można by posądzić o sprzedawanie perfum spod swojego płaszcza, i uparła się wzburzona, że mamy zabrać te torby, bo jak to oznajmiła w języku polskim, ona akurat tam chce usiąść, chociaż pustych miejsc było pełno. "Kompromisowo" usiadła naprzeciwko mnie i Marysi, mierząc nas wzrokiem oraz głośno wyżywała sie na gumie do żucia, a nas przyprawiała o gęsią skórkę i bezsenność. Część z nas miała więcej szczęścia i w trakcie drogi prowadziła przemiłą konwersację z jednym z pasażerów.

Po paru godzinach drogi ok. godziny 18 (a planowo mieliśmy być o godzinie 14) wysiedliśmy na dworcu i odebrali nas nauczyciele ze szkoły z Koblencji, którzy zawieźli nas do hotelu.

Pozostawiliśmy swoje rzeczy i udaliśmy się na oficjalną kolację, podczas której zjedliśmy w końcu treściwy posiłek. Tak zakończył się ten długi pierwszy dzień.

Maja Klonowska, 2b

 

Erasmus+ w Koblencji. Dzień drugi

Rozpoczęciem dnia drugiego naszego pobytu był krótki spacer w kierunku pierwszej planowanej atrakcji - "Romanticum Koblenz", a mianowicie interaktywnego muzeum rzeki Ren oraz historii z nią związanych.

Po zwiedzeniu wszystkich zakamarków muzeum nadszedł czas na poznanie Koblencji. Wraz z przewodnikiem udaliśmy się na wyprawę po starym mieście. Następnie podzieliliśmy się na mniejsze grupki aby podążyć dalej w poszukiwaniu pożywienia. Niemcy zaprowadzili nas do centrum handlowego Forum abyśmy mieli okazję zasmakować tradycyjnego niemieckiego dania jakim jest kebab ;)

Po jakże wykwintnym posiłku zostaliśmy zabrani pod stację kolejki linowej. Naszym następnym punktem wycieczki był fort Ehrenbreitstein. Jazda wiszącymi nad Renem wagonikami była niesamowita! Na miejscu przywitał nas brytyjski przewodnik, który dzięki swoim aktorskim umiejętnościom zabrał nas w podróż w czasie do przeszłych lat. Z najwyższego punktu fortu rozpościerał się piękny widok na całą Koblencję.

Zjechaliśmy wagonikami w dół i poszliśmy skonsumować najpyszniejsze lody w mieście. Kolację zjedliśmy wszyscy razem w restauracji o nazwie "Adaccio". Miny Włochów, którzy dostali tutejszą pizzę - bezcenne.

 

Maria Kołodziej, 2b

 

Erasmus+ w Koblencji. Dzień trzeci

Dzisiaj trzeba było wstać trochę wcześniej. Po naszykowaniu sie zeszłam z Julią (moją współlokatorką) na śniadanie. Jak (prawie) zawsze zjadłam bułkę (zadziwiająco przypominającą w smaku i w wyglądzie tą z Biedronki) z dżemem porzeczkowym. Na zbiórkę przyszłyśmy troszkę spóźnione, ale nic się nie stało, bo akurat dzisiaj jechaliśmy do tamtejszej szkoły i przewóz mieliśmy autami, na dwie tury.

Na miejscu zobaczyliśmy dużą szkołę. Kształtem przypominała trochę naszą, ale zdecydowanie miała inną szerokość korytarzy. Jak się później okazało, nie miała też dzwonków.  Weszliśmy do klasy pełnej komputerów. Z tego, co naliczyłam, to znajdowało się tam 20 Maców. Przekazano nam plan na ten dzień  i dobraliśmy się w mieszane grupy. Każda grupa miała za zadanie opisać poszczególny temat (oczywiście po angielsku). Dostaliśmy brudnopisy i zaczęliśmy omawiać nasz. My mieliśmy akurat „sights”. Po podziale zadań każdy udał się do swojego komputera i zaczął pisać. Wybrałam „Romantikum”, czyli interaktywną wystawę, którą zwiedzaliśmy dzień wcześniej. Denerwowało mnie, że niemieckie klawiatury mają zamienione Y i Z. Pracę utrudniała mi także niemożliwość używania znajomych skrótów klawiszowych. Kiedy nie wiedziałam już, co napisać więcej, przegrałam moje wypociny na pendrive ’a i poszłam pomagać koleżance z grupy. Opisywała różne kościoły, które znajdują się w Koblencji.

 Gdy cała grupa skończyła swoje zadania, nastał czas wolny. Postanowiłam wówczas wypełnić swój brudnopis kilkoma rysunkami.  Po jakimś czasie do sali wniesiono jedzenie. Było tam kilka chałek, do których można było dopasować sobie dżem/miód. Oprócz tego dla każdego był banan, jabłko i gazowany sok jabłkowy.  Grupa z Niemiec rozdała też wszystkim kubek z  wydrukowanym tekstem piosenki śpiewanej  wczoraj przez przewodnika, kartkę pocztową ich szkoły i trochę słodyczy. Nasza grupa też rozdała polskie rarytasy.

Po jedzeniu Niemcy pokazali nam drogę na piechotę do centrum. Było trochę do przejścia, ale daliśmy radę. Mieliśmy czas dla siebie. Chodziłam z Mayą, Mary i trzema przesympatycznymi Włoszkami - Ludo (Ludovica), Flavią i Sarą. Po zakupach wróciłyśmy do hotelu, a zaraz potem trzeba było iść na kolację. Tego dnia jedliśmy hamburgery. Były całkiem smaczne, ale bułka się łatwo rozpadała. Następnie poszliśmy na lody. Ja akurat nie wzięłam żadnych, bo jadłam je już dzień wcześniej, a tak najadłam się hamburgerem, że raczej bym ich nie zmieściła (chociaż były to definitywnie jedne z najpyszniejszych lodów, jakie miałam okazję kiedykolwiek jeść).

W drodze powrotnej do hotelu zaprosiły nas do swojego pokoju Włoszki. Przyniosłam kilka moich przekąsek i podzieliłam się z resztą. Świetnie się z nimi rozmawiało, ale zrobiło się już późno. Na szczęście następnego dnia mogliśmy wstać trochę później.

Weronika Muc, 1b

 

Erasmus+ w Koblencji. Dzień czwarty

Czwarty dzień naszego pobytu w Niemczech. Z rana pojechaliśmy do szkoły aby dokończyć zadanie z poprzedniego dnia. Zadaniem było wymienienie ciekawych miejsc które można odwiedzić w Koblenz. Każdy miał przydzielony temat i w ten sposób go realizowaliśmy. W międzyczasie mieliśmy przerwę na lunch i były to pyszne chałki z dżemem.

Następnie około południa pojechaliśmy do miejscowości Cochem. Zwiedzaliśmy całe miasteczko i zamek. Wycieczka była udana, miasto jest piękne, leży w dolinie, a po środku płynie rzeka. Odwiedziliśmy kilka kawiarni i spacerowaliśmy. Po spędzonym dniu w Cochem pojechaliśmy do Koblenz na kolacje w meksykańskiej restauracji. Po kolacji mieliśmy czas wolny i poszliśmy na rynek w Koblenz wraz z poznanymi przyjaciółkami z Niemiec. Pokazały nam kilka miejsc gdzie można spędzić dobrze czas. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy wspominając poprzednie dni. Po powrocie do hotelu zaczęliśmy się pakować i przygotowywać na powrót do domu.

Julia Weis, 2e

 

Erasmus+ w Koblencji. Dzień piąty

Przy pożegnaniach nie zabrakło łez i smutku, natomiast my, Polacy, doszliśmy do wspólnego stwierdzenia: Wszystko co dobre szybko się kończy!

Po bardzo wczesnym śniadaniu taksówka zabrała nas w bój z komunikacją miejską. W pociągu naszym próbom odsypiania towarzyszyła głośna impreza pań koło 50-tki.

Na lotnisku poniektóre śpiochy dojadły śniadanie, przeszliśmy check-in i wyruszyliśmy do Polski.

Lot był przyjemny i szybki, niestety przespany. W Katowicach nasi nauczyciele podziękowali nam za tak wspaniałe dni oraz współpracę, z wzajemnością.

A więc czas powrócić do szkolnej rzeczywistości.

Jakub Witt, 2e

Dzisiaj 174 | Wczoraj 310 | Tydzień 690 | Miesiąc 4047 | Ogólnie 284151

©2019 Zespół Szkół Ekonomicznych w Opolu